Sąd Najwyższy złamał prawo zamawiając stronę internetową bez przetargu!

Ryszard Michalski
2013-07-18

W dzisiejszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej można przeczytać o wyroku Krajowej Izby Odwoławczej, który potwierdził zarzuty Urzędu Zamówień Publicznych, że Sąd Najwyższy nie organizując przetargu na wykonanie strony internetowej naruszył prawo!


Sprawa została nagłośniona pod koniec ubiegłego roku. Wtedy na jaw wyszło, że Sąd Najwyższy zdecydował się bez przetargu zlecić wykonanie strony internetowej za astronomiczne 554 tysiące złotych. W ocenie branży internetowej tak duży wydatek nie był uzasadniony merytorycznie. Po tekście DGB sprawą zainteresował się UZP i wszczął kontrolę.

Głównym zarzutem skierowanym do Sądu Najwyższego był brak zastosowania przy zamówieniu przepisów Prawa zamówień publicznych. Na zarzuty UZP sąd argumentował, że przetargu nie ogłoszono, bo zamawiano usługę „powszechną”, „niewymagającą indywidualnego podejścia” i o „ustalonych standardach jakościowych”. Czerwcowy wyrok Krajowej Izby Odwoławczej odrzucił jednak tłumaczenia sądu i potwierdził: złamane zostały art. 70, art. 10 ust. 1 i art. 7 ustawy – Prawo zamówień publicznych. Czyli pomimo obowiązku organizowania przetargu dla zamówień o wartości większej niż 14 tys. euro Sąd Najwyższy zastosował tylko wąski i skierowany do konkretnych firm tryb zapytania o cenę. Sprawa jest bezprecedensowa, bo Sądowi Najwyższemu zarzucono naruszenie przepisów prawa. Ale jak podkreśono w artykule: wyrok Krajowej Izby Odwoławczej, która rozpatrywała odwołanie sądu na zarzuty Urzędu Zamówień Publicznych, nie zostawia na SN suchej nitki: „Zamawiający nie wykazał, aby zrealizowanie przedmiotu zamówienia miało polegać na świadczeniu usługi powszechnie dostępnej, której standardy jakościowe ustalone były powszechnie. (...) Nie pozwala to na skorzystanie z trybu zapytania o cenę” – piszą orzecznicy z KIO.

Zgodnie z przepisami zamawiającemu grożą teraz trzy rodzaje sankcji. Jak wymienia cytowany przez DGB ekpert prawny:  Po pierwsze może to być kara finansowa, jej wysokość jest określana przez prezesa Urzędu Zamówień Publicznych na podstawie wartości wadliwego zamówienia. Po drugie może to być wniosek o unieważnienie umowy zawartej niezgodnie z prawem zamówień publicznych, o tym jednak decyduje już sąd powszechny, do którego UZP kieruje pozew. Po trzecie wreszcie mogą być też zastosowane sankcje związane z dyscypliną finansów publicznych. W tym wypadku odpowiedzialność ponoszą konkretne osoby odpowiedzialne za wydatkowanie tych środków publicznych. W skrajnym przypadku grozi im chociażby kara pieniężna czy też zakaz pełnienia funkcji związanych z dysponowaniem środkami publicznymi – wymienia. Decyzja o tym, jakie konsekwencje mogą zostać wyciągnięte, należy teraz do prezesa UZP.

Najbardziej niepokojący w tej sytuacji jest fakt, iż Sąd Najwyższy powinien być wzorem praworządności w Polsce. Stąd wydawać by się mogło, że wszelkie zamówienia realizowane przez SN będą wręcz modelowe tj. pozbawione jakichkolwiek wad i elementów naruszających przepisy prawa. Niestety, wspomniane postępowanie jest przykładem na to, że nawet instytucje najwyższego szczebla administracji państwowej nie respektują obowiązujących przepisów. Można by rzec, że zgodnie z przysłowiem: „najciemniej jest pod latarnią.” Pozostaje mieć nadzieję, że prezes UZP wyciągnie należyte konsekwencje wobec SN, a cała sprawa będzie przestrogą dla wszystkich urzędników w Polsce.

Z całym artykułem pt. ”Strona internetowa za pół miliona, do tego z błędami: Oto zamówienie, którym Sąd Najwyższy złamał prawo” autorstwa Pani Sylwii Czubkowskiej można zapoznać się tutaj.

Zachęcamy do lektury!